DLACZEGO ZAJMUJĘ SIĘ ŻYWIENIEM DZIECI, CZYLI MOJA HISTORIA.

Mimo, iż moja działalność jest przede wszystkim stacjonarna, coraz częściej ukazuje się w internecie, a dużo z Was mnie nie zna. Dlatego postanowiłam opowiedzieć Wam swoją historię.

Z pierwszego wykształcenia jestem pedagogiem, jednak kończąc te studia pracowałam już w księgowości… co może dziwić, ale po prostu taka praca dawała mi lepsze możliwości samodzielnego utrzymania się. W związku z moim zamiłowaniem do gotowania i zdrowego jedzenia po jakimś czasie żałowałam, że nie poszłam na studia związane  z żywieniem i/lub dietetyką. Dlatego, jak tylko pojawiła się możliwość ukończenia studiów podyplomowych w tym zakresie, u nas w Gdańsku, nie wahałam się długo. To była najfajniejsza szkoła w mojej karierze. Pomimo mojego zamiłowania do snu z chęcią wstawałam skoro świt, co drugi weekend i jechałam na zajęcia. Frekwencja na poziomie 100%! Z prostej przyczyny,  właściwie wszystko o czym tam mówiliśmy, bardzo mnie interesowało. Dużo już wtedy wiedziałam, bo tak jak wspominałam, interesuję się tym od dawna. Uzyskałam dyplom dietetyki i… nie do końca wiedziałam co z nim zrobić. Z jednej strony chciałam coś robić w tym kierunku, a z drugiej nie wiedziałam do końca co. 

Siedem lat później, w 2015 roku, pojawił się na świecie starszy Mniammniam. Z niecierpliwością wyczekiwałam momentu kiedy zacznę rozszerzać dietę i będę mogła gotować mojej córeczce pyszności, na które przepisy skrzętnie zbierałam. Zachwycona pierwszymi wzmiankami o BLW postanowiłam pójść tą drogą. Bez spektakularnych efektów. Zupki przecierowe… też niekoniecznie. Słoiczki – bleee, nie mam mowy. Próbowałam i próbowałam. Trochę zaczęłam się niepokoić, ale wtedy trafiłam na super warsztat  Eweliny ze Sztuki Mówienia. BLW okiem logopedy. Cudowne miejsce, wspaniała atmosfera, przesympatyczna i bardzo mądra prowadząca, która mnie przekonała, że być może potrzeba jeszcze chwilę czasu. Gdzieś mniej więcej w tym czasie przeczytałam książkę Gonzalesa pt. ”Moje dziecko nie chce jeść”. Uspokoiłam się. Nieustannie proponowałam. Młoda dama chętnie zjadała czereśnie, borówki, suchą bułkę i raz na trzy dni kilka łyżeczek kaszy z owocami. Około 11 miesiąca udaliśmy się na kontrolę u Logopedy czy aby na pewno wszystko jest ok. Potwierdziła, że nie ma żadnych przeszkód, z  fizjologicznego punktu widzenia . Jedzenie Igę niespecjalnie interesowało, , no chyba, że do zabawy… to jak najbardziej! Wtedy już moja frustracja była dość spora. Nie gotowałam dla młodej damy osobnych posiłków, pilnowałam jednak, żeby zawsze siadała z nami do posiłków, a posiłki planowałam tak, żeby mogła coś dostać. 

Pewnego dnia, gdy Iga miała 13,5 miesiąca, wybrałam się na krótki wyjazd, zostawiając domownikom pyszny kapuśniak. Jakie było moje zdziwienie kiedy zadzwonił mój mąż i poinformował mnie, że usiedli razem do obiadu, on z całą miską kapuśniaku, Iga z ziemniaczkiem i mięskiem z tejże zupy. Zjadła i dopominała się o jeszcze z talerza taty. Z dnia na dzień moje dziecko zaczęło jeść wszystko. 

To był czas kiedy moją wiedzę żywieniową zaczęłam rozszerzać o tematy dziecięce. Czytałam wszystko, co udało się zdobyć, choć wcale nie było tego dużo. Zaczęły pojawiać się pierwsze nieśmiałe myśli, że może tym się zajmę.

Wracając do Igi, to bardzo się rozwijała  w smakowaniu nowych potraw i smaków. Aż do ok. 2 roku. Wtedy powolutku zaczęła eliminować ze swojego repertuaru jedzeniowego różne rzeczy. Mama jednak już co nieco o tym wiedziała, a poza tym na świecie pojawił się mniejszy Mniammniam i już tak bardzo nie skupiałam się tylko na Idze. Jednak posiadanie dwójki dzieci zdecydowanie redukuje uwagę (i stres) skupioną na jednym dziecku i nadmierną kontrolę też.

Tym razem do rozszerzania diety podeszłam z mniejszą euforią i zdecydowanie mniejszymi oczekiwaniami. Kajto w ogóle nie był zainteresowany BLW, natomiast do papek i kaszek buziaka otwierał niczym hipopotam . Niestety, mimo to oraz mimo bardzo przyzwoitej wagi urodzeniowej, cały czas był poniżej 3 centyla. Do tego był bardzo wymagający, płaczliwy, blady. Zjadał, ale bardzo słabo przybierał. Maraton po specjalistach zakończył się pobytem w szpitalu. Mówi się, że na pierwsze urodziny  dziecko potraja swoją wagę – my ledwo podwoiliśmy. Alergia, refluks to tematy nam nieobce. 

Wtedy porzuciłam myśli o dietetyce dzieci, bo jak ktoś kto chce być specjalistą w zakresie żywienia dzieci ma trudne żywieniowo dzieci… nie. Nie zgadzało mi się to w głowie. Pomysł porzuciłam, ale czytałam coraz więcej i zaczęłam korzystać ze szkoleń dla specjalistów żeby pomóc własnym. Szukałam coraz ciekawszych pomysłów na oswajanie Igi z jedzeniem, bo neofobia (lęk przed jedzeniem, próbowaniem nowych pokarmów) zdecydowanie się pojawiła. Szukałam powodów dlaczego Kajto nie przybiera, jednocześnie bardzo pilnując aby jego dieta była odżywcza i dobrze zbilansowana. Tak bardzo szukałam dla dzieci, że trochę zapomniałam o sobie i swoich potrzebach. Wtedy skorzystałam z pomocy psychologa. Poczułam się zdecydowanie lepiej, a jednym z owoców tej pracy była zmiana mojego spojrzenia  Moje doświadczenie posiadania dwójki niełatwych żywieniowo dzieci daje mi przede wszystkim większą empatię dla rodziców borykających się z podobnymi problemami. Potwierdziła to też jedna z moich koleżanek psycholożek zajmujących się żywieniem dzieci. 

Za namową bliskich i nieco dalszych znajomych, którym moja wiedza pomogła, postanowiłam podjąć wyzwanie i iść w tym kierunku. 

Żywienie dzieci to nie tylko czysta dietetyka, tu potrzebna jest wiedza z psychologii, logopedii, fizjologii i nie tylko. Cały czas się szkolę (w zakładce o mnie możecie przeczytać o tym więcej) oraz podjęłam się studiów magisterskich na kierunku Dietetyka. 

Teraz już wiecie czemu zajmuję się tym, czym się zajmuję. Na co dzień prowadzę konsultacje indywidualne, warsztaty dla rodziców i dzieci. Rozszerzanie diety i oswajanie dzieci z jedzeniem to moje ulubione tematy. Przy rozszerzaniu diety rodzice czasem tracą pewność siebie. Chcą jak najlepiej dla dziecka, ale gubią się w chaosie informacji. W takim przypadku już jedna konsultacja (jak mówią sami zainteresowani) wystarczy, aby wytyczyć kierunek działania i odzyskać pewność w swoich poczynaniach. W przypadku oswajania tych spotkań jest zazwyczaj więcej, ale to też zależy od konkretnego przypadku i rodzaju współpracy. Warsztaty z rodzicami to moja ulubiona forma przekazywania wiedzy. Po co to wszystko piszę? Żebyście wiedzieli, drodzy czytelnicy, że zwracając się do mnie, nie trafisz tylko na książkową wiedzę, ale także na doświadczenie zdobyte na swoich i konsultowanych dzieciach oraz ich rodzicach. Poniżej małe dowody 🙂

 

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *